LoGO

Nurkowanie w Chorwacji

 Amber-Divecenter

PSAI_logo

DAN logo

 

 

 

 

 

Każdy z nas z pewnością zna bajkę o złotej rybce, która spełnia trzy życzenia i każdy chociaż raz w życiu pomyślał , ze fajnie by było taką rybkę spotkać. Pewnie zastanawialiśmy się przy tym jakie mają być te trzy życzenia. Przecież taka okazja nie zdarza się co dzień, a jak się już zdarzyła to trzeba się mocno zastanowić, żeby potem nie żałować .
Tradycyjnie jak w bajce :chce być pięknym, bogatym i …. ? i tutaj dopiero mamy pole do popisu dla naszej wyobraźni. Piękni duszą i wnętrzem, bogaci w miłość, przyjaźń i doświadczenia marzymy jeszcze o rzeczach wydawało by się nie osiągalnych. I całe szczęście, że marzymy , bo marzenia się spełniają. Trzeba im tylko trochę pomóc, bo nic nie dzieje się bez przyczyny.
Nurkując latami w morzu śródziemnym, przemierzając kilometry po wodą i po powierzchni spotykamy często nurkujących z nami ludzi, którzy zadają nam to samo pytanie: jeszcze Wam się nie znudziło? Te same miejsca, te same widoki, ten sam krajobraz, ci sami ludzie i pół roku bez telewizora. Z uśmiechem na ustach odpowiadamy –nie, czekając na wyraz niedowierzania na twarzy pytającego, co zawsze następuje.
Od czasu kiedy wiele lat temu zaczęliśmy poznawać życie pod i nad wodą w naszej ukochanej Dalmacji, każdy dzień wnosi coś nowego do naszego życia , każdy jest inny i nie ma czasu się nudzić.
Nasze ulubione miejsca nurkowe za każdym razem wyglądają inaczej. Odwiedzamy starych znajomych, poznajemy nowych, jedni się wprowadzają inni wyprowadzają, zmienia się światło i widoczność. Raz walczymy z prądem, innym razem pozwalamy mu się prowadzić, szybując zawieszeni w toni. Często spotykamy zgubione sieci, albo klatki, w których szamoczą się skazani na śmierć nasi podwodni ulubieńcy. Jeśli tylko jest to możliwe zwracamy im wolność, a wtedy za każdym razem myślimy o tym , że te nasze małe dobre uczynki kiedyś zostaną nagrodzone. I zostają. Od czasu do czasu morze odsłania nam swoje skarby i pozwala zobaczyć swoje piękno wraz z jego mieszkańcami. Tak jak ostatnio piękną ośmiornicę, która nie chciała przestać pozować do zdjęć, przybierając wszystkie możliwe pozy.
W ostatnich latach bardzo często spotykamy podczas płynięcia łódką delfiny. To dobry znak. Delfiny żywią się tuńczykami i zazwyczaj pojawiają się w pobliżu ich ławic.
Płynąc na miejsca nurkowe przepływamy obok hodowli tuńczyków, teraz już pustej, ale czynnej jeszcze nie dawno. Nie można było wtedy do niej nawet blisko podpłynąć, co najwyżej popatrzeć z daleka jak w ogromnych klatkach wręcz gotuje się woda podczas karmienia. No i wtedy zawsze to samo od lat marzenie: żeby choć raz zanurkować wśród nich.
Po latach starań, bezskutecznych, wreszcie się udało.
Nie mogliśmy w to uwierzyć. Czyżby miało się spełnić ostatnie życzenie do złotej rybki?
Zaczynają się przygotowania. Myśli kłębią się w głowie, jak to będzie, wyobraźnia uruchomiona, aparaty fotograficzne w gotowości, filmy i zdjęcia już zrobione, na razie teoretycznie w głowie, ale wydawało by się że wszystko już poukładane , przygotowane i zapięte na ostatni guzik. Pozostało dopłynąć , zanurkować , zobaczyć i uwiecznić .
Nadeszła godzina zero, wyczekiwana i wymarzona od wielu lat.
Jest już po sezonie i jak to jak zwykle po sezonie piękna słoneczna pogoda, wypływamy z Supetaru małą 4 osobową grupką . Miało nas być pięcioro, ale nasza kochana Ola niestety musiała zaopiekować się najmłodszym przyszłym nurkiem . Mamy nadzieje, że kiedyś jej to wynagrodzimy. Dwu i pół godzinna podróż mija szybko, sprzęt przygotowany, plan nurkowania gotowy, panowie ustawili już wszystkie przesłony, światła i takie tam inne tajemnicze i tylko im wiadome. Wszystko gotowe . Mój malutki ale jakże przydatny w wielu sytuacjach „aparat dla małpy” , albo „dla blondynki” odmówił posłuszeństwa spadając z ławki w łódce , ale co tam , trzech uzbrojonych po zęby facetów da radę.
Dopływamy do hodowli, przed nami 8 kręgów na wodzie, przy dwóch z nich stoją przycumowane kutry. Trwa karmienie. Woda w dwóch kręgach się gotuje. Nie chciała bym być tam w tej chwili. Adrenalinka daje znać, ale cóż musimy poczekać . Płyniemy dalej do pobliskiej zatoczki, gdzie w litej skale wykuty jest długi tunel z czasów II wojny światowej. Kiedyś chroniły się w nim łódki, a może i te małe podwodne, teraz jest to przystań i schronienie dla wielu miejscowych łódek. Miejsce warte obejrzenia, do tej pory dobrze zamaskowane. Polecam.
Minęła godzina i pół, decyzja jednogłośna wracamy. No to wracamy. Nareszcie. Dopływamy ponownie do hodowli. Tym razem bezpośrednio do kutra z którego karmione są tuńczyki. Jesteśmy już tak blisko. Z kutra łopatami wrzucane są do sadzi dziesiątki kilogramów pokarmu w postaci sardeli. Z każdą wrzuconą do sadzi łopatą pokarmu woda gotuje się coraz bardziej, widać kotłujące się ryby. Krótka rozmowa z szefem. Nic nie wie, że mamy pozwolenie na nurkowanie . Dzisiaj, teraz i w ogóle. Masakra. Jesteśmy tak blisko i co ? Możemy tylko polizać przez szybkę? Nie! To nie możliwe, tyle lat, tyle starań i nic. Krzyczę do Misia , rób zdjęcia, jak najwięcej chociaż tych z powierzchni. Nie mogę w to uwierzyć. Jak to? Nie będziemy nurkować wśród tuńczyków? Na całe szczęście Jarek jest w takich sytuacjach nie zawodny i uważa, że nie ma rzeczy nie możliwych. Kilka telefonów, kilka rozmów i …. Yes, yes, yes!!! Mamy pozwolenie. Okazało się, że jak to u Chorwatów we zwyczaju, nasz chorwacki przyjaciel (dzięki wielkie i szacunek) zapomniał zadzwonić i uprzedzić, że to dzisiaj i że to my. Do dzisiaj nie wiem na czym polega Jarka urok , ale nawet tutejsi nurkujący Chorwaci , starający się latami o pozwolenie na nurkowanie nie dostali zgody, a my tak! Chyba jest to wynagrodzenie naszych dobrych uczynków i wstawiły się za nami oswobodzone z sieci ośmiornice, kongery, petrosze i inne piękne stworzenia. Zawsze uważałam, że życie zatacza krąg i kiedyś musi do Ciebie wrócić, wszystko się wyrówna, bo nic w naturze nie ginie.
Dzięki złota rybko!
Po pełnych niepewności chwilach dostajemy zgodę na zanurkowanie w jednej z sieci, już po karmieniu (uf), ale podstawowy warunek, żadnych zdjęć!!!!!. Konsternacja. Wszystkie przygotowania na nic, plany , ustawienia poszły w nie pamięć. Szybka decyzja, albo, albo. Oczywiście nie zastanawialiśmy się ani chwili. Ok. nie robimy zdjęć. Umowa honorowa, która tutaj jest najważniejsza. Słowo jest słowem i trzeba je dotrzymać. Pomimo tego do sieci w której mamy nurkować odprowadza nas na pontonie szef, a potem obserwuje czy aby nie przemycamy jakiegoś aparatu. Wcześniej tłumaczył nam, że każdy błysk lampy aparatu jest niezwykle stresujący dla rybek, a nasza obecność wśród nich to i tak duży stres. Rozumiemy. W końcu to wszystko na sushi dla Japończyków, więc i mięso ma być odpowiedniego koloru. Coś nie za bardzo w to wierzymy, ale umowa jest umową. I chociaż może to nie najlepiej zabrzmi, przydał by się teraz mój mały aparat dla małpy, który mogę włożyć do kieszeni suchacza, inne nie maja szans. No i kto nam teraz uwierzy. Żadnych zdjęć, a w ferworze walki, nawet tych z powierzchni.
Zaraz pojawia się następny problem, jak tam wpłynąć ? Przed nami duża, okalająca całą sieć „dmuchana oponka”, a potem dopiero siatka, która niestety jest dość mocno porośnięta ostrymi jak brzytwa omułkami. Szybka decyzja i postanowiliśmy przepłynąć pod woda pod „oponką „ i dopłynąć do siatki, którą Jarek postarał się lekko ugiąć, tak żebyśmy mogli wpłynąć do środka. OK. Wkładamy sprzęt. Jarek pierwszy zanurzył się pod wodę i po chwili wypłynął. Z jego ust usłyszeliśmy tylko jedno niecenzuralne słowo : …… jak ich jest dużo. Nie czekając ,jak najszybciej wskoczyliśmy do wody. Omułki na krawędzi siatki były ostre jak brzytwa, ale zaraz potem znaleźliśmy się w …. Raju.
Setki, setki, i jeszcze raz setki tuńczyków błękitnopłetwych. Kompletny zawrót głowy, wokół wirująca masa pięknych, o torpedowatym kształcie ryb, z księżycową wciętą płetwą ogonową. Gatunek wędrownej ryby z rodziny makrelowatych, spędzających zimę w morzach subtropikalnych, a latem wędrujących do wód zimniejszych. Do czasu gdy osiągnie rozmiar ok. 45 kg wędruje w ogromnych ławicach. Te wśród których nurkowaliśmy miały od 50 do 100 kg. Potem po dyskusji uznaliśmy, że było ich parę setek, a sieć miała średnicę 30m i max głębokość 32metry. To było niezwykłe nurkowanie. Jedynym odniesieniem wśród wirującej masy ogromnych ryb była siatka. Naprawdę można było się dosłownie zagubić. Pierwsze wrażenie: wszystkich zatkało i nie możemy się ruszyć. Po chwili płyniemy wraz z tuńczykami zgodnie ze wskazówkami zegara. Następnie refleksja, za tobą stu kilogramowe torpedy, mijają cię i jakby śmieją się z ciebie. Tuńczyki są doskonałymi pływakami. Szybciej od nich pływają tylko mieczniki. Ciało tuńczyka wykazuje w czasie ruchu temperaturę kilka stopni wyższą od temperatury otoczenia. Jest to spowodowane odpowiednim ukrwieniem skóry i mięśni podskórnych. Mam wrażenie, że mnie wyczuwają. Płynę chwilę wśród nich, jestem sama i po paru minutach, kilkadziesiąt tuńczyków zaczyna mnie okrążać. Serce zaczyna mi bić szybciej, rozglądam się w prawo, w lewo, do góry, na dół. Nic tylko okrążające mnie tuńczyki. Ostatnia szansa, dopłynąć do siatki. Dopływam, rozglądam się i dostrzegam pozostałych. Już wiem, nie można się odłączać. Jest to zdecydowanie niebezpieczne. Po za tym, od tej pory płynę już tylko na wprost tuńczyków, zdecydowanie wolę je widzieć niż mieć je za plecami. Rozglądam się i widzę malutkie trzy istoty wśród właścicieli morza. Jarek chwyta mnie za rękę i wpływamy w środek wirującej wokół nas masy zębów. Nie ma szansy, nie można ich dotknąć, to najprawdziwsze na świecie drapieżniki, niezwykle wrażliwe na stres i wszelkie bodźce zewnętrzne, nie można ich oswoić, dotknąć, pogłaskać etc. Powinny żyć tylko i wyłącznie na wolności. Dotychczasowe próby wyhodowania ich w niewoli jak do tej pory przyniosły mizerne skutki. Nie da się ukryć , że było mi ich po prostu bardzo żal, bo zostaną wkrótce zabite w okrutny sposób, aby nie zepsuć mięsa i potem sprzedane i zjedzone przez Japończyków w postaci sushi. A mogły by sobie tak pływać jeszcze przez co najmniej 30 lat i cieszyć oczy, a nie tylko nasze brzuchy. W sumie wszystko jako ludzie potrafimy zjeść, apotem dziwimy się, ze już nic nie ma do zobaczenia pod wodą. Nie ma, bo już prawie wszystko zjedliśmy. I tutaj przypomina mi się jedno nurkowanie na Sycylii i sytuacja kiedy to po nurkowaniu przypłynęliśmy łódką do brzegu, gdzie otoczyła nas chmara ludzi pytających czy przywieźliśmy coś do zjedzenia. Małe rozczarowanie. Nic. Nie jemy , tylko oglądamy, co było dla nich nie pojęte. I ten Włoch, który wynurkował jeżowca, którego zżarł żywcem siedząc w piance na platformie, a potem te kobiety myjące w miskach steki jeżowców na kolację. Może to my jesteśmy porąbani, że wolimy oglądać niż zjeść.
No cóż, nasze rybki i tak zje jakiś Japończyk, ale póki co możemy je podziwiać, bo są naprawdę piękne i jedyne w swoim rodzaju. Stożkowe głowy, duże pyski usiane zębami, piękne w kształcie i brawie, z wyraźnie zaznaczonymi żółtymi krótkimi płetwami na grzbiecie.. Olbrzymie ciało sterujące niewidzialnymi dla nas ruchami, idealne, cudowne. W sumie w ciągu tych 30 minut pływania wśród nich nie widzieliśmy nic. Zbyt dużo było do zobaczenia. Po pewnym czasie tuńczyki zaczęły robić się nerwowe, niespokojne i agresywne. Było to na pewno wynikiem naszej obecności. Zrozumieliśmy dlaczego nie pozwolono nam na robić zdjęć, szczególnie z lampą błyskową. W końcu to dzikie zwierzęta, które zostały złapane w sieć , posegregowane i uwięzione w siatkach. Ich natura nie została zmieniona. Są i pozostaną takie do końca swojego życia.
Z wielką niechęcią i żalem opuściliśmy siatkę. Przy wyjściu towarzyszył nam szef na pontonie, jak by od niechcenia sprawdzającym czy nie mieliśmy sprzętu do fotografowania. Nie dziwę się, jeśli chodzi o odpowiedzialność. A gdyby cos się stało? Co wtedy. Znowu Ci źli Polacy. Tym razem wszystko było ok. Umowa dotrzymana. Niedosyt pozostał. Aparat „dla małpy” by się przydał.
Po wyjściu na pokład naszej łódki, rozłożyłam i spakowałam cały sprzęt nurkowy. Dopiero po pewnym czasie zorientowałam się , że zrobiłam coś całkowicie bezsensownego, ,mając w najbliższym czasie jeszcze jedno nurkowanie. Byłam w transie. Na łódce panowała cisza i dopiero po odpłynięciu od siatek z tuńczykami zaczęliśmy rozmawiać.
Z drugiego nurkowania nie pamiętam nic. Cały czas wokół mnie pływały olbrzymie 100 kg tuńczyki.
Jeśli jeszcze kiedyś uda mi się pogadać ze złotą rybką, moje trzy życzenia będą miały torpedowaty kształt z księżycowo wciętą płetwą ogonową.

Grażka