LoGO

Nurkowanie w Chorwacji

 Amber-Divecenter

PSAI_logo

DAN logo

 

 

 

 

 

Waigeo, Misool, Salawati, Batanata…..dalej już chyba nie będę męczyć mózgu ani języka bo i tak nie dam rady wszystkiego spamiętać. Archipelag Raja Ampat (Papua Zachodnia) położony w Coral Triangle- sercu raf koralowych, najbardziej zróżnicowanym biologicznie miejscu na świecie. W sumie ponad 15 000 wysp.

Miejsce szczególne, położone w strefie równikowej , z olbrzymia ilością słońca niezbędnego do wzrostu koralowców, tętniące życiem dzięki wielu mieszającym się tutaj prądom , skrywające w swych wodach ponad 3000 gatunków ryb i 300 gatunków koralowców.

To jedno z najlepszych miejsc nurkowych na świecie. UNESCO docenił ten podwodny raj, nominując w 2002 roku archipelag do pierwszego podwodnego tytułu na liście Światowego Dziedzictwa.

Czy potrzebna jeszcze lepsza zachęta. żeby chociaż raz w życiu tam być i zobaczyć cząstkę tego cudu, bo na całość to chyba nie mamy szansy.

Wiem, wiem, pewnie niektórzy powiedzą, że takich miejsc jest mnóstwo na świecie i całe szczęście, ale będąc tam czułam się jak bym znalazła się w Avatarze i chociaż, od czasu kiedy pierwszy raz obejrzałam ten film, zawsze chciałam być niebieska w złote plamy, z lwim ogonem i przepięknymi oczami, to teraz mogła bym być do tego również różowym , czarnym, czerwonym, fioletowym, żółtym, niebieskim koralowcem, nie ważne czy miękkim czy też twardym, misternie utkaną gorgonią, wielką kapustą, kalafiorem, albo konikiem pigmejem, no i prawie bym zapomniała o liliowcu tańczącym cały czas na rafie. Mogła bym również wyglądać jak rekin dywanowy, nie ma sprawy, takiego wzoru to na ciele żaden tatuażysta nie wymyśli . A najchętniej została bym zjawiskową mantą!

No i pływała bym sobie w tej ciepłej wodzie , wygrzewała w słoneczku , kołysana przez prądy i czego jeszcze więcej do szczęścia potrzeba?

Wracając na ziemię- zaczynamy.

Trzeba przyznać , że żaglowiec, na którym mieliśmy spędzić kilkanaście dni był przepiękny. Zbudowany z najszlachetniejszych gatunków drzew tropikalnych, 47 - metrowy , robił wrażenie. Jakże odmienny od tych wszystkich nowoczesnych jachtów, pływających po morzu Czerwonym. Był drewniany, ciemnobrązowy, miał żagle i miał duszę. Niestety nie udało nam się go zobaczyć z postawionymi żaglami, widzieliśmy to tylko na zdjęciach, wielka szkoda, ale i tak był wspaniałym obiektem do fotografowania.

Po przepłynięciu na łódź z portu w Sorong ,który robił lekko przygnębiające wrażenie, rozlokowaniu się, rozłożeniu sprzętu i zaznajomieniu z załogą i żaglowcem, mogliśmy wreszcie odpocząć , po niezwykle długiej i męczącej podróży ( różnica czasowa +8 godz.). Do tego klimat, który niestety nam nie za bardzo sprzyjał, duża wilgotność , dość ciepło, żeby nie powiedzieć upał, zero wiatru. No cóż , lepiej nie będzie więc trzeba od razu się z tym pogodzić.

Nikt z nas nie był początkującym nurkiem. Mieliśmy za sobą setki nurkowań w różnych miejscach , w różnych bazach, na różnych safari. Pomimo tego zaskoczyło nas wiele sytuacji. Zawsze jednak przy okazji można się czegoś nauczyć.

Pierwszym problemem z którym się zetknęliśmy to … butle naładowane do 150 atmosfer. Po dwóch dniach walki jakoś się z tym uporaliśmy, przynajmniej miały po 170. OK. jak ktoś się z tym nie zgadzał to na” gorąco” doładowanie do 200, czyli nie wiele to dało. Niestety, nasi nowi przyjaciele nie potrafili umocować poprawnie butli do jacketu, co skutkowało tym, że butle wysuwały się pod wodą, co zdarzało się również i im. W związku z tym, poprosiliśmy aby nie dotykali naszego sprzętu, a wszystko zrobimy sami, co wywołało wielkie zdziwienie u całej załogi . Dzięki wielkie, ale zapinanie spadającej butli pod wodą nie jest fajne.

Kolejnym problemem był niestety brak doświadczenia naszych przewodników, po prostu wpadali do wody i byle do przodu, czasami nie znajdując nawet rafy. Ale i z tym się uporaliśmy, jako że jesteśmy zahartowani w boju, nie daliśmy sobie w kaszę dmuchać.

Po pierwszym, fatalnym dniu nurkowym, kiedy to wszystkich trzeba było zbierać jednym! pontonem po bezkresie oceanu i po nieobliczalnym poprowadzeniu nurkowania (całe szczęście , że nikomu nic się nie stało), usiedliśmy wieczorem i zastanawialiśmy się co z tym wszystkim zrobić? . No nie! spoko, w końcu to nasz wymarzony wyjazd i nurkowania, nie możemy tego zepsuć i nikt nam tego nie zepsuje!

A dalej to już proza życia.

Butle były tak długo doładowywane, aż wszyscy byli zadowoleni, jeden przewodnik został zmieniony, z czego był najwyraźniej mocno nie zadowolony, co było widać pod wodą, kiedy kłócił się z drugim, w którą stronę płynąć. Pytałam potem o doświadczenie naszych przewodników i usłyszałam, że każdy ma co najmniej 1000 nurkowań. No to super! Nie mam więcej pytań. Bywało śmiesznie. Nie daliśmy się też wkręcić w maraton pływacki pod wodą, spowalniając naszych przewodników ile się dało. W końcu nie przylecieliśmy tu na wyścigi, a wiele osób miało robić zdjęcia, czego nie da się urzeczywistnić uczestnicząc w Wielkiej Pardubickiej. W każdym bądź razie, trochę to trwało, aż wszyscy z załogi zrezygnowali i pogodzili się z naszymi „ dziwnymi wymaganiami”.

Pozornie, bo musieliśmy nauczyć się jeszcze paru rzeczy.

Poranna odprawa przed nurkowaniem polegała na tym, że zostaliśmy poinformowani : zanurzamy się, jak nie będzie prądu to płyniemy w prawo wokół wyspy , a jak będzie to w lewo. Koniec. Kropka. Potem były jeszcze małe modyfikacje typu, dzisiaj nie będzie prądu, albo będzie prąd higieniczny ( a może kosmetyczny?), albo będzie bardzo silny, albo okaże się jak dopłyniemy. W sumie nigdy nic się nie zgadzało. Po paru dniach przynajmniej doprowadziliśmy do tego, że na tablicy oprócz rozkładu posiłków pojawił się ,choć prymitywny , ale szkic miejsca nurkowego. No i po moich prośbach pokazały się na tablicy nazwy miejsc nurkowych- drukowanymi literami (niestety tylko raz)bo nie szło niczego odczytać. Dziwne, bo na miejscu była bardzo ładnie opracowana książka z rozrysowanymi miejscami nurkowymi, z której nikt jakoś nie korzystał. No a potem standardowo, sprawdzanie ilości powietrza i oby się nie wywalić na niezwykle śliskim pokładzie, ze sprzętem na plecach. Bez komentarza.

Na całe szczęście, po kategorycznym żądaniu, pojawił się wreszcie drugi ponton. No cóż, jeden na 16 osób to zdecydowanie za mało. No i nasze nurkowania zdecydowanie się poprawiły, przynajmniej jeśli chodzi o logistykę, tylko czy trzeba było o to walczyć i tracić parę dni?

Teraz miało już być tylko lepiej i było. No i bardzo dobrze, bo po to tutaj się znaleźliśmy.

No i było coraz piękniej i piękniej i piękniej, nie tylko pod wodą, ale również to co oglądaliśmy codziennie nad wodą zapierało dech w piersi. Przynajmniej na to co oglądaliśmy z żaglowca nasza łódkowa kadra nie miała wpływu, przyrody na cale szczęście nie da się nagiąć.

Nurkowania zaczęliśmy od centralnego rejonu Raja Ampat z kultowymi (już!) miejscami wokół wysp Gam , Waigeo i Cape Ciri, Mansuar , a następnie przepłynęliśmy na jej północną część z jeszcze piękniejszymi wyspami Kawe, Wayag, Urania, Quoy i mnóstwem malutkich wysepek. Wyspy Wayag, Quoy i Urania są częścią 155 000 hektarowego obszaru chronionego – Kawe Marine Protected Area (MPA).

Każdego dnia 3 nurkowania + dla wytrwałych nocne. Wszędzie jak zwykle za mało czasu żeby wszystko dokładnie obejrzeć, wszędzie bogactwo kolorów, kształtów, gatunków i rozmiarów koralowców. W jednym miejscu tylko twarde, w drugim same miękkie w innym wszystko przemieszane. Do tego olbrzymie ,delikatnie utkane gorgonie ( do 3 m)we wszystkich kolorach , niesamowite liliowce, szczególnie piękne w zestawieniu białe, czarne i zielone lub fioletowe. Jak je widziałam to się zastanawiałam, skąd o tym wiedzą, że w tym zestawieniu wyglądają najpiękniej . A może one wiedzą, tylko my takie tępaki? Piękne, nie zniszczone rafy, a wśród nich małe , duże i średnie , wszelakiej maści, często nigdy nie widziane ryby, rybki, rybeńki i inne stworki. Zazwyczaj w każdym miejscu nurkowym był prąd, który sprawiał, szczególnie jak byliśmy w lesie miękkich koralowców, że bujaliśmy się pod wodą w ich rytmie jak gdyby w specyficznym tańcu. Kiedy nie miałam na głowie kaptura, moje krótkie włosy tańczyły tak samo jak ukwiały i ramiona miękkich koralowców, brakowało tylko jakiegoś Nemo do kolekcji, który by w nich zamieszkał . Nic nie dorównywało naturze, nikt nie wymyśli tych kształtów, precyzji powtarzalności, tęczy barw, gry światła, tego baletu, który można zobaczyć tylko na rafie koralowej, szczególnie tutaj, gdzie skumulowane jest najwięcej życia, niż w jakimkolwiek innym miejscu na świecie. Niestety , przydały by się jakieś wklejki do maski. Pokonały mnie pigmejowe koniki (pygmy seahorse) i inne mikroskopijne maleństwa, których pomimo starań nie udało mi się zobaczyć. A mówiłam , ciemna maso, weź lupę skoro oczy nie dają rady. No i nie wzięłam, czego bardzo żałuję. Nasi przewodnicy mieli młodsze oczy i pokazywali nam różne cuda, ale ja wytężając wzrok robiłam tylko dobra minę do złej gry, wściekła, że jestem ślepa. A tyle było cudów wokoło, chociaż dla mnie dostępne były zazwyczaj te , zbliżone wielkością do 5 groszy, z tymi mniejszymi było już trochę gorzej. Za to te naprawdę duże już mi nie umknęły, szczególnie stada ostroboków, barakud, groupersów, tuńczyków no i rekiny, a wśród nich niesamowite rekiny dywanowe- wobbegong sharks i…… moje ukochane, najukochańsze …. manty, które mnie zaczarowały i chyba nie tylko mnie, ale i pozostałych. Wszystko w czystej postaci , nie zepsute jeszcze przez człowieka, co najwyżej przez samą matkę naturę .

Płynąc nad rafą, która wyglądała na nietkniętą przez nikogo, napotykałam ułamane kawałki koralowców. Każdy urwany kawałek przyprawiał mnie o dreszcze, myśląc, że zrobił to człowiek w swojej głupocie , ale nie , to wszystko przez prądy, fale, wiatry. Całe szczęście. Ale i tak było mi ich bardzo szkoda, szczególnie tych śnieżnobiałych ,twardych koralowców, albo jasnozielonych, fioletowych, czy niebieskich, z jaśniejszymi końcówkami. Zawsze wyobrażałam sobie wtedy czerwone kropelki krwi w miejscu gdzie są oderwane. Prawdziwy odlot.

Trzecie nurkowania były zazwyczaj przedsmakiem nocnego, bo dość szybko pod wodą robiło się ciemno, a do tego ze względu na bardzo silne prądy, często nurkowaliśmy w cieniu wyspy, albo podwodnej góry (latarki jak najbardziej wskazane). Jednakże nie ma tego złego, zawsze tam gdzie są prądy jest również i bogate życie.

Nocne były „lajtowe”, można było nurkować do oporu, chociażby ze względu na nie wielką głębokość. Nocki zawsze i wszędzie są super, co tu dużo mówić, a jak już do wody wchodzi taka gromada to robi się widno jak w dzień . W wielu przypadkach szczególnie dla nie doświadczonych jeszcze nurków, nurkowania w nocy na płytkiej rafie bogatej w życie, gdzie nie ma pod nami tej „tajemniczej” głębi , są bardzo pomocne w przełamaniu bariery ciemności, strachu, potworów z głębin, rekinów i takich tam innych, których niestety zazwyczaj nie ma i żebyśmy się nie wiem jak starali to nie uda nam się ich zobaczyć. I jeszcze raz niestety. Za to światła pokazują nam prawdziwe kolory, cienie tańczą , życie tętni, a my mamy to szczęście, że możemy oglądać to wszystko. Pięknie jest.

Podczas porannych nurkowań ta same rafy wyglądały już zupełnie inaczej, co nikogo nie powinno dziwić. Noc i dzień to zawsze są i będą dwa różne światy, szczególnie pod wodą. Podczas nurkowania wszędzie witały nas piękne rafy koralowe z ogrodami wszelkiej maści koralowców i mnóstwem rybek. Rafy koralowe tworzone są głównie przez korale madreporowe zwane również koralami rafotwórczymi, rafowymi, kamiennymi lub maderporowcami. Jest to rząd koralowców sześciopromiennych popularnie nazywane twardymi ( ośmiopromienne zaś miękkimi) , do których należą drobne, osiadłe, przeważnie kolonijne polipy wytwarzające zewnętrzne szkielety z węglanu wapnia , tworząc zwartą wapienną masę. Połowa gatunków z tego rzędu to zwierzęta, które są głównym czynnikiem rafotwórczym- dzięki nimi powstają rafy i wyspy koralowe..

Ich grecka nazwa- Anthozoa (Anthos- kwiat, zoon-zwierzę) czyli kwiatozwierz, mówi sama za siebie.

Większość gatunków koralowców prowadzi osiadły tryb życia. Niektóre mogą się aktywnie poruszać. Większość z nich żywi się zooplanktonem, a większe chwytają skorupiaki, mięczaki i ryby. Polują za pomocą ramion i komórek parzydełkowatych. Same stanowią pokarm wielu gatunków skorupiaków, rozgwiazd i ryb.

Szczególnie pięknie wyglądały rafy położone na małej głębokości oświetlone przez poranne słońce, w cudownej błękitnej wodzie. Pięknie uformowane grzyby na powierzchni pod wodą tworzyły pionowe ściany, przesmyki, kolumny, jaskinki i nawisy.


Miłym przerywnikiem między nurkowaniami, było zwiedzenie wioski adwentystów -Sauwandarek na wyspie Mansuar , gdzie zrobiliśmy parę naprawdę fajnych zdjęć tamtejszym mieszkańcom( bardzo zresztą miłych i uśmiechniętych), a w szczególności dzieciakom, które jak zawsze są niezwykle fotogeniczne. Chętni i wytrwali mogli wejść na szczyt wyspy Bala-Balak, skąd rozpościerał się niesamowity widok na wyspy Raja Ampat . Dla leniwych pozostał spacer po białej plaży oraz ratująca życie kąpiel w morzu , chociaż z minimalną ochłodą, bo woda miała na powierzchni powyżej 30 st.

W trakcie płynięcia na wyspy Wayag przepływaliśmy równik z południa na północ, a że było to po południu, zostaliśmy poczęstowani wykonanym specjalnie na tę okazję „ciastem równikowym” oraz „równikowym sokiem” wyciśniętym z wszelkich możliwych i dostępnych w tym rejonie owoców. Wszystko zakończyliśmy wspólnym pamiątkowym zdjęciem oraz długim wspaniałym nic nie robieniem.

Następnego dnia znaleźliśmy się wśród niezliczonych małych, zielonych wysepek, które zostały uformowane niczym grzyby, poprzez ciągłe uderzenia prądów. Kiedy płynęliśmy wśród nich na pontonach oczy wyłaziły nam z orbit i dosłownie nas zatkało. Żadne słowa nie potrafią oddać tego widoku jakim się karmiliśmy. To było nie realne, nie możliwe i z innego świata, a już na pewno nie z naszej planety.

Charakterystyczne zdjęcia tych małych wysepek, błękitu wody, białego pisaku i zieleni, umieszczone są na każdej reklamówce Raja Ampat. I my znaleźliśmy się właśnie tam, w tym miejscu z reklamówek. Potem już tylko brodziliśmy po płytkiej wodzie wśród tych wszystkich cudów. Nie da się tego zapomnieć, może tak właśnie wygląda raj. Wygląda, bo jest całkowicie nie zamieszkany, brak słodkiej wody, bardzo trudne warunki do życia, surowo , nie do zdobycia i nie do przeżycia.

Na koniec wpłynęliśmy do zatoki Aljuwi, gdzie oprócz nurkowania zwiedziliśmy farmę pereł, którą w końcowym efekcie obejrzeliśmy w postaci gotowej już biżuterii , w imponującym wydaniu z równie imponującą ceną, przynajmniej jak na nasze kieszenie. Ale było na co popatrzeć. Ogólnie wszystkie stwierdziłyśmy, że to nie nasza bajka no i wtedy niektórym zeszło powietrze i znowu zrobiło się miło.

Za to nocne nurkowanie w tej zatoce było naprawdę super. Było dłuuuugie i było na co popatrzeć. Na prawdę ogromna ilość ryb!

Wracając do portu Sorong zostawiliśmy sobie na koniec ostatnie nurkowanie z mantami. I to była nasza perełka. Taniec z mantami był przeżyciem nie do opisania. Po prostu trzeba tam być i zobaczyć wszystko na własne oczy, inaczej się nie da. Tego nurkowania nie da się zapomnieć. Zostanie w nas już na zawsze.

Raja Ampat pożegnaliśmy kolacją na małej wysepce, z pieczoną rybą, ogniskiem, śpiewami, tańcami i oryginalną muzyka w wykonaniu naszych papuaskich przewodników. Na koniec jeszcze nocna kąpiel w morzu i pa, pa Papuo Zachodnia.

Warto było tu przylecieć. Warto było by tutaj jeszcze wrócić, bo mamy wrażenie, że nie udało nam się zobaczyć wszystkiego co było zaplanowane, zarówno ze względu na prądy, pogodę i niestety również wyraźny brak doświadczenia ( i nie tylko) właścicieli i załogi naszej pływającej bazy.

Ale co tam, pięknie było i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Grażka