LoGO

Nurkowanie w Chorwacji

 Amber-Divecenter

PSAI_logo

DAN logo

 

 

 

 

 

 

W zeszłym roku zakiełkowało w nas marzenie. Najpierw nieśmiało, ale w miarę upływu czasu z coraz większą upartością wwiercało się w nasze mózgi i nie dawało nam spokoju.

Ponieważ nie mogliśmy uwolnić się od natrętnych myśli, nie pozostało nam już nic innego, jak tylko poddać się i zacząć im się bliżej przyglądać. Po przeanalizowaniu wszystkiego stanęła przed nami góra lodowa, przez którą będziemy musieli się jakoś przebić. Naszym marzeniem stało się zanurkowanie z mantami. Jaki człowiek, takie są jego marzenia. Na całe szczęście nasi znajomi są tak samo „nienormalni” jak my i tak samo jak my, karmią swoje dusze podobnymi marzeniami. Od tej pory wszystko zaczęło się kręcić wokół planowanego wyjazdu.

No i udało się. Tym razem lecieliśmy na spotkanie z mantami mieszkającymi w wodach Raja Ampat w Indonezji. Chyba nikt nie zdawał sobie do końca sprawy z tego co nas czeka.

Nikt nie wiedział co zobaczy, jak będzie, co uda nam się sfotografować i w ogóle czy coś zobaczymy .Nurkowanie z mantami miało być jednym z pierwszych, na długiej liście nurkowań.

Przed wypłynięciem na miejsce nurkowe zostaliśmy poinformowani, że możemy mieć pecha i żadnych mant nie zobaczymy, bo to się zdarza. Super, niezła perspektywa. Poleżymy sobie trochę na piasku, zrobimy parę zdjęć rybkom i to by było na tyle w tym temacie . Nikt nie chciał w to wierzyć, trochę sobie pożartowaliśmy, ale jakiś niepokój zakradł się w nasze przepełnione nadzieją serca. No nie, chyba nam tego nie zrobią i przypłyną nas pooglądać chociaż na chwilkę. Błagam.

Wszyscy przebierali nóżkami.

Zapakowaliśmy się na dwa pontony i jazda, za chwilę już tam będziemy i wszystko się wyjaśni.

Dopłynęliśmy do płytkiego miejsca na rafie. Po wyskoczeniu z pontonu przeszliśmy jeszcze ponad 50 m w sprzęcie nurkowym , po płytkiej wodzie, z przerażeniem słuchając chrupania miażdżonych naszymi płetwami koralowców. To było okropne uczucie. Po zanurzeniu się pod wodę spotkaliśmy się od razu z bardzo silnym prądem. Całe szczęście, że na dnie był już tylko piasek i skały, bo musieliśmy poruszać się niczym kraby wczepiając się od czasu do czasu palcami w dno, żeby nas zbytnio nie porwał prąd. I tak po woli małymi skokami od piachu do skały „dopływaliśmy” do miejsca w którym miały pojawić się manty. Przed nami pojawiła się dość duża skała porośnięta wieloma koralowcami. Wciąż walcząc z prądem zastanawialiśmy się czego by się tutaj złapać, żeby niczego przy okazji nie zniszczyć. I wtedy nie wiadomo skąd pojawiły się cztery manty, machnęły od niechcenia płetwami i zniknęły równie szybko.

O matko i córko! czy to w ogóle się dzieje?

Dzieje się , dzieje i nigdy nie przestanie!

Szok, gdzie patrzeć, co robić? Film czy zdjęcia?

Na początku mnie zatkało, przestałam oddychać, życie się zatrzymało bo nigdy nie widziałam czegoś tak zjawiskowego.

Duże? Nie! Wielkie ! olbrzymie! piękne, cudowne, jedyne, nie do opisania. Białe , czarne, czarno białe, szare, w kropki, kreski ? Jakie one są? Nic nie zdążyłam zobaczyć! Pierwszy szok minął, oddech i … zaczynamy.

Z dużym trudem, ale udało nam się zająć stanowiska obserwacyjne, czyli przyczepiliśmy się do wąskiego pasa ułożonego z martwych połamanych koralowców , gdzie mieliśmy cierpliwie czekać aż przypłyną manty. Prąd targał nami jak halny, próby zmiany pozycji skutkowały natychmiastowym odpadnięciem, a potem długim mozolnym pedałowaniem do czegoś czego można się uczepić. Zazdrościliśmy Kasi, która przyczepiła się hakiem do skały no i obie ręce wolne. Człowiek to się jednak całe życie uczy.

Ale , co tam, nikt nie narzekał, czekaliśmy cierpliwie wybałuszając oczy dookoła głowy. Ze względu na silny prąd woda była mętna , a piaszczyste dno nie pomagało w poprawieniu widzialności.

I nagle są, wynurzają się z mgły mętnej wody, czarne falujące płaszcze bez głowy, ale za to z ogromnymi jak by rozciągniętymi w uśmiechu ustami, no i te dwie płetwy z przodu wyglądające jak dwie wyciągnięte małe rączki z …oczami, a na końcu sznur od żelazka czyli ogon.

Wszystko działo się tak szybko, nie było czasu zbyt dokładnie się przyjrzeć.

Manty przepłynęły nam przed nosem, pokręciły się i odpłynęły. Udało nam się zrobić kilka zdjęć, chociaż największą frajdę miała z pewnością przyczepiona hakiem Kasia, nad którą przepłynęła największa manta.

Czuliśmy wielki niedosyt, ale trudno więcej się już nam nie pokazały. Nie pozostało nam nic innego jak wrócić na ponton, co okazało się nie lada sztuką. Tym razem „płynęliśmy” pod prąd, a właściwie to jak taternicy krok po kroku „wdrapywaliśmy” się na górę.

Na pontonie, krotka dyskusja ,postanowiliśmy zmienić butle i zanurkować jeszcze raz. Szczególnie grupa z drugiego pontonu, która źle poprowadzona przez przewodnika trochę się spóźniła i nie wiele widziała.

Nie wszyscy mieli na to ochotę , bo nie da się ukryć, że prąd porządnie nas zmęczył, ale chęć zobaczenia mant po raz kolejny wzięła górę. Drugi nurek był już zdecydowanie przyjaźniejszy, prąd osłabł, ale nie wiele udało nam się zobaczyć. Manty pojawiły się parę razy lecz na tyle daleko, że ledwie widzieliśmy zarysy ich postaci. No cóż, będziemy jeszcze mieli jedną szansę, w trakcie ostatniego nurkowania, jak będziemy wracać.

Tego wieczoru nie mówiliśmy o niczym innym jak tylko o mantach. Obejrzeliśmy zdjęcia, które udało nam się zrobić, Kasia pokazała nam film który nakręciła. Pięknie było, a będzie jeszcze piękniej jak zanurkujemy tam po raz trzeci . Do trzech razy sztuka.

Nadszedł ostatni dzień nurkowy.

Mieliśmy zrobić tylko dwa nurkowania i to płytkie. Pierwsze, choć na niezaprzeczalnie pięknej dziewiczej rafie przyćmiła myśl o drugim. Część z naszej grupy postanowiła zakończyć nurkowanie na pierwszym porannym, a potem zacząć suszyć sprzęt. Pozostali znowu wypłynęli na spotkanie z mantami.

Tym razem już nie miażdżyliśmy płetwami koralowców, a chlupnęliśmy od razu pod wodę. Nie można tak było za pierwszym razem? A tu niespodzianka. Zero prądu! O choroba, też nie dobrze, przecież manty uwielbiają prądy bo dzięki nim mają dużo pożywienia.

Zanurzenie i od razu są. Jedna, dwie, trzy, cztery. Jak by na nas czekały.

O nie, tym razem to my już nie będziemy grzecznie leżeć jak te sardynki w puszcze. Nie ma mowy, never, koniec, kropka. Tym razem spełnią się nasze marzenia.

Moje się spełniło. Płynie, wynurza się z mętnej wody, ledwo zauważam ruch skrzydeł. Przepływa nade mną ogromny statek kosmiczny, od spodu biały z pięcioma parami skrzeli i kilkoma kropkami między nimi. Sterem są dwie płetwy głowowe . Oczy patrzą na mnie, ja też patrzę i błagam, aby mnie zaakceptowała. Odwracam się na plecy, jest na wyciagnięcie ręki, płynie i płynie, a ja razem z nią. Wydaje się być aksamitnie miękka i ciepła w dotyku, jest śnieżnobiała z wyraźnymi plamkami, a od góry czarno-szara z pięknymi białymi wzorami na całym swoim płaszczu. Delikatne, jak by od niechcenia ruchy płetw , sprawiają, że czuję się wyjątkowo malutka i całkowicie niedostosowana do środowiska. Płynę tak chyba z pól godziny, przynajmniej tak mi się wydawało, ale nie chciałam żeby to się skończyło. Niestety na koniec machnęła mi ogonem . Już! Nie! jeszcze raz! I tak było przez 75 minut. Potem do „białej” dołączyła” czarna”. Cała czarna( a może „czarny”), była jeszcze piękniejsza, chociaż trochę mniejsza. Jak można je było nazwać „diabłem morskim” dla mnie to „morskie anioły”.

Były to manty alfredi (manty rafowe) , które osiągają długość do 5 m, rozpiętość płetw 7 m (max 9,1m) i masę ciała 2 ton (max 3 tony). Mają dwie płetwy głowowe po bokach głowy, służące do zagarniania planktonu w stronę otworu gębowego. Nie mają płetwy grzbietowej ani ogonowej . Mają krótki, biczowaty ogon bez kolca, typowego dla większości orleniokształtnych oraz szczeliny skrzelowe (5 par ) na spodniej stronie ciała. Samice mają szersze płetwy piersiowe. Żywią się planktonem, ale zjadają także małe i średniej wielkości ryby .Manty żyją w symbiozie z gatunkami wargaczowatych i podnawkowatych, które czyszczą je z pasożytów.

Są chronione w wodach międzynarodowych przez Konwencję o ochronie wędrownych gatunków dzikich zwierząt. Najbardziej narażone są bliżej brzegów. Ich powolne tempo reprodukcji pogarsza zagrożenie. Tylko kilka akwariów jest wystarczająco duże aby je pomieścić.

Manty nie mają wielu wrogów ,z wyjątkiem kilku dużych gatunków drapieżnych rekinów i oczywiście ludzi, którzy zazwyczaj łapią je włóczniami i sieciami na mięso, skóra używana jest jako materiał ścierny oraz dla skrzeli, które są wykorzystywane w tradycyjnej medycynie chińskiej. Jak zwykle.

Manty alfredi (manta reef) są nieco mniejsze od mant oceanicznych (birostris). Manta birostris jako oddzielny gatunek została oficjalnie potwierdzona dopiero w 2009 r.Oba gatunki są pelagiczne i często spotykane w wodach Raja Ampat.

Na całe szczęście te, które spotkaliśmy nie miały negatywnych odczuć w stosunku do człowieka.

Wyraźnie nas polubiły, były ciekawskie, nie stanowiliśmy dla nich żadnego zagrożenia więc odpłaciły nam tym samym. Bawiły się z nami robiąc wymyślne figury , fikołki, zawracając i pozując do zdjęć.

To był niesamowity taniec. Można je było delikatnie dotknąć, pogłaskać piękne skrzydła , dotknąć ogona. Nie protestowały. Istne pieszczoty. Napływały na nas z otwartymi ustami. Na początku bałam się , że za chwilę zniknę w ich otwartych , olbrzymich paszczach. Ale nie, w ich otwartych ustach pływały małe rybki czyścicielki. Miałam wrażenie, że to się nie dzieje. Dzikie zwierzęta pływające na stacji czyszczącej i my – ludzie , choć przyjaźni , nie narzucający się, ale jednak obcy w ich środowisku. Malutcy, bo „biała” była naprawdę dużą, miała ok. 5 m. szerokości .

Od czasu do czasu spoglągdałam do góry na powierzchnię. Dopływając na miejsce nurkowe widziałam zacumowaną w pewnej odłegłości łódź. Teraz widziałam małe postaci na powierzchni wody, majtające nogami ,chyba z emocji, oglądające prawdziwy spektakl, jakiego z pewnością nigdy nie spodziewali się zobaczyć. I dla nich i dla nas było to coś ponad ludzkiego, niewyobrażalnie pięknego, co na zawsze pozostanie w naszej pamięci i to nie w jej zakamarkach, ale wciąż żyjące w podświadomości (przynajmniej mojej).

Udało się, udało, udało!!!!!!!

Myślę o nich cały czas, nawet teraz kiedy już jestem w domu patrzę na sufit i widzę mantę, która ledwo mieści się w pokoju . Jest ze mną i już tak zostanie.

Nurkowanie skończyło się po 75 minutach. Niestety fotografom skończyło się powietrze i zapełnili na maksa swoje karty pamięci . Ja mogła bym tam jeszcze zostać godzinę, dwie, trzy, cztery….. Chyba zwariowałam, ale wracając do pontonu płynęłam jak manta, przynajmniej tak mi się zdawało.

A potem, potem śniły mi się już tylko manty, a ja byłam jedną z nich. Miałam na sobie czarny płaszcz z wyraźnym jaśniejszym kołnierzem wokół głowy i pięknymi regularnymi wzorami . Moje ruchy były powolne i pełne gracji, jak by od niechcenia. A potem machnęłam mocniej prawym skrzydłem, zrolowałam prawą płetwę głowową na kształt rogu , puściłam oczko i odpłynęłam od ludzi w swój świat, wiedząc ,że mnie obserwują i podziwiają. Czego jeszcze chcieć!

A my, marzymy dalej! Teraz o rekinach wielorybich i o tym co z nami zrobią.

Grażka